Bruce Chatwin "Co ja tu robię?"
MAREK ZAGAŃCZYK

Image Bruce Chatwin „Co ja tu robię?”. Tłum. Paweł Lipszyc, Warszawa, PIW, 2006.


Tom zebranych opowieści Bruce’a Chatwina „Co ja tu robię?” należy do książek zbudowanych z fragmentów, ułożonych po śmierci autora, a jednak wydaje się dziełem pełnym, skończonym i różnorodnym. Tak jakby Chatwin układał go w myśli od dawna, dobierał strony by złożyły się w całość jak najlepiej oddającą jego zainteresowania i życie. Bo między pisarstwem i życiem Chatwina istnieje więź szczególna.
Książki Chatwina mówią tyle samo o świecie, co o nim samym. Ich źródłem jest doświadczenie i wyobraźnia, wiedza i wrażliwość. Są w nich barwy ziemi, zapachy powietrza i muzyka, są ludzie opowiadający historie, miejsca odległe, jak Ghana, Australia, Tybet, i bliskie, na wyciągnięcie ręki, widziane z okna. Jest w nich historia i mitologia, prawda i zmyślenie. Te opowieści spisane w szczęściu i w chorobie są najwspanialszym portretem Chatwina, ułożonym z nieoszlifowanych kawałków, scalonych wbrew zdroworozsądkowym nawykom, jak na kubistycznych płótnach. To autoportret, w którym każdy fragment mówi o całości, choć czasami może się zdawać, że ton tych historii, paleta kolorów, sposób, w jaki są przedstawiane, wzajemnie sobie przeczą, jakby były pisane za każdym razem przez kogoś innego.
Chatwin do końca życia uciekał od siebie, od tego, co zna i kocha, czego doświadczył. Unikał powtórzeń. Kiedy znużyła go praca w domu aukcyjnym, pośród martwego piękna rzeźb i obrazów, ruszył w podróż. Podjął ryzyko, zmienił swoje życie. Zaczął wędrować i pisać. Opowiadał sobie i innym kim jest, co widzi, z kim się spotyka. Potrafił wydobyć z sytuacji to, co najważniejsze, szukał nowych wyzwań. Zbyt wiele go ciekawiło, aby zadowolić się wspomnieniami. Czas pamięci miał przyjść później. Ważne było barwne teraz. W jego umyśle i książkach są Jünger i aborygeni, Malraux i algierscy emigranci we Francji, Werner Herzog i kolekcjonerzy sztuki, Nadieżda Mandelsztam i malarze abstrakcjoniści, dawna literatura i współczesna muzyka. Historia, polityka i kolory krajobrazu. Wspólna jest tylko wysoka temperatura zapisu, jakby za każde zdanie musiał płacić wysoką cenę, jakby każdy wyraz był nutą wydobytą prawdziwie i głośno. Skala jego zainteresowań wydaje się niezwykle bogata, podobnie jak umiejętność bycia wśród ludzi, istnienia w przyjaźni.
Chyba najwspanialszy jest w tej książce „Tren dla Afganistanu”. Szkic pisany z miłości do kraju, który się zmienia, i podziwu dla pisarza czytanego zawsze. To świadectwo wiary w siłę literatury i piękno świata. Z niezwykłym otwarciem: „Piszę jako zwolennik, nie jako krytyk. Już dawno podniosłem tę książkę [„The Road to Oxiana” Roberta Byrona] do rangi «świętego tekstu». A zatem znajduje się poza zasięgiem krytyk. Mój własny egzemplarz — obecnie pozbawiony grzbietu i zalany wodą po czterech podróżach do Azji Centralnej — jest przy mnie, odkąd skończyłem piętnaście lat”. I dalej pisze Chatwin o Afganistanie i Byronie, ale te zdania można odnieść także do jego własnego pisarstwa: „Trzeba talentu największego kalibru, żeby z kamieni, cegieł i płytek ceramicznych zbudować prozę nie tylko czytelną, ale wprawiającą czytelnika w stan największego podniecenia”. Czytając Chatwina wiem, że bez jego książek nigdy „nie zaśniemy w namiocie nomadów, ani nie wejdziemy na minaret w Dżam. Utracimy też smaki — ostrego gorzkiego chleba; zielonej herbaty z kardamonem; winogron chłodzonych w topniejącym śniegu; orzechów i suszonych morw [...]. Nie odzyskamy już aromatu fasolowych pól, słodkiej, żywicznej woni płonącego drewna himalajskich cedrów czy zapachu śnieżnej pantery na wysokości pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza”.

MAREK ZAGAŃCZYK

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: