Bieńkowska Ewa „Dom na Rozdrożu”
MARTA WYKA, ADAM ZAGAJEWSKI

ImageEwa Bieńkowska, „Dom na Rozdrożu”, Warszawa, Sic!, 2012, s. 260

Ewa Bieńkowska znalazła swój idealny temat: opowieść o rodzicach, rodzicach niezwykłych, różniących się między sobą, pochłoniętych pracą, twórczością, Historią i także, niekiedy, życiem codziennym, o ludziach rozumiejących się i zrywających to porozumienie...


MARTA WYKA:
Pamięć jest najbardziej wrażliwym, najciekawszym, wielokształtnym tematem współczesnej literatury — a może nawet piśmiennictwa? Pamięć innych, czyli obcych, pamięć nasza własna, rodzinna i społeczna, kobieca i męska, doświadczona dzieciństwem i naznaczona traumą, dobra i zła, ciekawa i nudna.
Pamięć zawładnęła świadomością literatów i uczonych, na wielkim zaś polu, które uprawia, wciąż pojawiają się nowe szlaki. Język pamięci niepokoił krytyków zaraz po wojnie i domagali się wtedy jego odnowienia. Tak się działo na przestrzeni wielu lat, języki pamięci mnożyły się i bogaciły.
Znakomita książka Ewy Bieńkowskiej, „Dom na Rozdrożu”, przydaje temu „polu pamięci” zarówno nowy szlak, jak i nowe fakty. Jest historią rodzinną, ale nie tylko. Jest narracją, lecz zmąconą przez szczególną niepewność autorki. Nie jest uczonym komentarzem do pewnej fazy życia w PRL, bo nim być nie miała. Czym więc jest? Autorka nazywa ją memoriałem. Czyli formą apelu, ale też świadectwa. Słowniki informują, że memoriał to rodzaj oficjalnego pisma do władz. Memoriały pisał ojciec autorki, Władysław Bieńkowski. Bezskuteczne, jak się miało okazać, zawieszone w przestrzeni, bez odpowiedzi. Autorka książki i jego córka w jednej osobie chce skierować naszą uwagę w stronę tych rejonów podlegających niepamięci, albo zgoła już nieznanych, w stronę tematów, które stworzyły jedna rodzina, jeden dom i jeden czas historyczny. Pozbawiona ciała, czyli życia, staje się ona dziś tematem opowieści, która może przyciągnąć, ale też pozostawić czytelnika obojętnym.
Czytam tę książkę obiektywnie i subiektywnie. Waloryzuję pewne jej fragmenty, odrzucam niektóre. Czy jestem adresatem tego wyjątkowego „memoriału”? Jak wygląda moja lektura?
Socjologiczne książki Władysława Bieńkowskiego ojca nie są dziś czytane. Należą do określonego etapu rewizjonistycznej myśli powojennego socjalizmu i w momencie napisania budziły zrozumiałe emocje. Ich autor, jak pisze córka, nigdy do końca i konsekwentnie nie przestał wielbić Gomułki — jako osobowości, wodza i prawodawcy równości społecznej. Bliskim przyjacielem rodziny był Zenon Kliszko — znakomicie sportretowany. Opinie literackie Kliszki w tamtych czasach decydowały w dużej mierze o literaturze — dobrze pamiętam pełne niepokoju oczekiwania towarzyszące wydaniu pism Norwida; szczęśliwie Kliszko go wielbił, Norwid mógł się ukazać.
Powieści Flory Bieńkowskiej ani jej twórczość poetycka też nie są dziś znane. Nawet profesjonaliści niewiele o nich umieją powiedzieć. Zatem dzieje tego związku, i dzieje tej rodziny, jej rola w poznawaniu rzeczywistości po roku 1945 (oboje byli „produktami” schyłkowej Polski międzywojennej, na lata trzydzieste przypada ich dojrzewanie) są wykopaliskiem myśli, które trzeba opisać, odkrywając jego zapomniane warstwy. Odczytania tego palimpsestu podejmuje się córka, wyraźnie tę swoją rolę rodzinnego świadka eksponując.
To, że pokolenie Ewy Bieńkowskiej zaczyna teraz pisane procesy samookreśleń, nie jest niczym zaskakującym. Urodzeni w czasie wojny lub zaraz po niej mieli doświadczać dramatów i tragedii „przejściowości”, oddalając się, z własnego wyboru, od rodzin i środowisk, w których wyrośli i podlegali umysłowej inicjacji. Ich edukacja przypadła na czasy zamętu, zawiedzionej wiary, a także przymusowego zamknięcia w życiu, które miało się okazać szare, nudne i pozbawione humoru.
Dom przy alei Szucha w Warszawie (sława ulicy, jak wiadomo, była ponura), nazwany przez Stefana Kisielewskiego „akwarium”, był po wojnie siedzibą uprzywilejowanych partyjnych. Władysław Bieńkowski, jeden z mózgów nowej władzy (późniejszy autor „Motorów i hamulców socjalizmu”), zamieszkał tam z rodziną. Współczesne pojęcie o „przywilejach” zastrzeżonych dla nowej władzy wydaje się w konfrontacji z tamtym czasem demonizowane, oddzielenie „władzy ludowej” od ludu nie było bowiem aż tak spektakularne. Wówczas tak to postrzegano, podobnie jak sam rytuał przynależności do klasy nowych posiadaczy: samochód służbowy, domy pracy twórczej, wydzielone sklepy itd. Nie były one skutkiem pokaźnego majątku, lecz atrybutem uczestnictwa; glejtem była partyjna legitymacja.
Władysław Bieńkowski nigdy nie przeczytał „Zdobycia władzy” Miłosza, nie interesowało go to. Miłosz w późnych tekstach przyznaje, że był, jak wielu w tamtych latach, w „stajni Borejszy”. Rozpad, stopniowy, lecz nieunikniony, dokonujący się w szeregach wiernych ludowej rewolucji, najwięcej cierpienia przyczyniał zapewne przywiązanym do niej synom. Bieńkowska pisze o swoim ojcu jako o jednym z łańcucha „niepokornych” — takich, jak ich opisywał niegdyś Bogdan Cywiński. Jest to uwaga trafna i przekonująca, choć dziś prototypy owych „niepokornych” nie mają już żadnej kontynuacji. Przynależą do świata inteligenckiej historii, która moim zdaniem skończyła się nieodwołalnie.
Matka pisarka, autorka zapomnianej trylogii o inteligenckich korzeniach współczesnych Polaków, to postać bodaj silniej przyciągająca uwagę niż ojciec. Podobnie jak dom, z którym związała się jako młoda dziewczyna: dom Heleny Boguszewskiej i Jerzego Kornackiego, ich syna Romana, a jej pierwszej miłości, teatr osób wybitnych i scenicznych właśnie, namiętnych w kulcie literatury i literackiej służby (ojcem Boguszewskiej był znany filolog klasyczny Ignacy Radliński), przekonanych niezłomnie o społecznym powołaniu pisarza. Warto przypomnieć, jak blisko z tym domem była związana Maria Dąbrowska (wiele o nim uwag w Dziennikach), cofamy tym samym tę historię aż po granice dwóch stuleci.
Właśnie — Ewa Bieńkowska zadaje sama sobie ważne pytanie. Więc kiedy oni żyli, moi rodzice? Jeszcze w XIX wieku? Odpowiedź twierdząca nie wydaje się pomyłką ani nadinterpretacją. Dom Boguszewskich (mimo późniejszego szaleństwa Kornackiego...), tak głęboko zanurzony w emancypacyjnym myślowo stylu XIX-wiecznym, w jego „rewolucjonizmie”, musiał przyczynić się do ukształtowania dwojga młodych ludzi, którzy znaleźli się w jego kręgu — młodej kobiety zaś przede wszystkim. Co nie znaczy, że uczynił z niej pisarkę walczącą — przeciwnie, pokazał jej obszary refleksji, które literatura może i powinna ogarniać. Literatura nie jest bowiem manifestem.
Trudno było pogodzić czy też zharmonizować dwie konwencje, dwa sposoby istnienia: intelektualisty i człowieka czynu. Tak określając swojego ojca, Bieńkowska w tym niemożliwym połączeniu widzi jego dramat — jako umysłu i jako działacza oraz funkcjonariusza partii (minister oświaty...). Podobnych jemu było wówczas więcej: rozum nie chciał ani nie mógł zaakceptować rygoru ciemniaków.
Przerażający jest fakt, o którym Bieńkowska opowiada. Gdy jej ojca wyrzucano z partii, głównym sędzią był osławiony działacz partyjny i generał, który miał powiedzieć, w innych okolicznościach, o buntujących się: „gazrurką ich, gazrurką...”. Ta paskudna, absurdalna scena i osoba sędziego, a także jego odrażająca dykcja mówi więcej o upokorzeniu intelektualistów niż strony „Zniewolonego umysłu...”.
Dwa były szczególnie ważne słowa, które powtarzały się w słowniku mieszkańców domu-akwarium: „biuro” i „komitet”. Lecz władza tego języka zaczyna się kruszyć najpierw w sposób niewidoczny — aby pokazać gotową już ruinę w późnych latach sześćdziesiątych. Jak waliły się te mury — Bieńkowska opisuje z punktu widzenia osobistego, ale stykającego się z emocjami rówieśników. Najbliższa wydaje się jej „Solidarność i samotność” Zagajewskiego, owo metaforyczne, nie tylko praktyczne zetknięcie pasji publicznej z jednoczesną potrzebą oddalenia się od zbiorowości, zanurzenia we własnym świecie.
Ale cofam się jeszcze raz wstecz, w czasy poprzedzające „trudne lata sześćdziesiąte”. Najbardziej dotkliwe pytanie tamtych lat brzmiało: „Czy już nie wydarzy się nic nowego?”.
Istnieje bowiem w opowieści Ewy Bieńkowskiej, zanim dojdzie ona do rozwiązań ostatecznych, raj dzieciństwa i czarodziej Prospero zdolny uwięzić Kalibana. To pałac w Nieborowie (w języku urzędu „dom pracy twórczej”) i poeta, który go wprowadził do polskiej liryki, autor poematu Niobe.
Ciekawe, że Gałczyńskiego, jako lekturę swojego ojca, wymienia Zagajewski w „Lekkiej przesadzie”. Ciekawe też, że Miłosz, negatywny bohater „Poematu dla zdrajcy”, dość radykalnie modyfikuje swoją opinię o Gałczyńskim, to jego właśnie uznając za najbardziej wiarygodnego świadka młodości; ciekawe, że Bieńkowscy tak wielbili Gałczyńskiego, i ciekawe, że córka niczego nie rewiduje w tym uwielbieniu. „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu” uważana wówczas za poemat pozytywnie dydaktyczny (skierowany przeciw reakcji każdej maści) jest wspaniałym pokazem poczucia absurdu, bez którego nie dałoby się przeżyć lat pięćdziesiątych, a może i sześćdziesiątych. Jeśli oczywiście ktoś sądzi, że do życia jest potrzebna i literatura, i poezja...
Tak więc pomiędzy ponurym Kliszką i absurdalnym Gałczyńskim rozwija się ta opowieść. Tak też rosło nasze życie w owych czasach.
Na osobnej, domowej scenie poznajemy dwoje ludzi w ich jakże zróżnicowanych rolach: komunisty i rewizjonisty, kobiety z przeszłością, pisarki z legitymacją, którą oddaje, chłopca z ludu i dziewczyny z małego miasteczka, do końca konsekwentnie kontynuujących swoją twórczość, pożegnanych bez rozgłosu, zapomnianych szybko, przywróconych życiu przez narrację rodzinną.
Szańcem chroniącym przed trywialną rzeczywistością był więc Pałac — w ciemnych latach poprzedzających spektakularne zmiany, czyli roszady władzy, brzydotę życia codziennego, smutne poczucie karnego odgrodzenia od świata, czyli Europy. Znajdowano jednak i na to kolejne panaceum. Bieńkowscy pieczołowicie i z miłością gromadzili i kolekcjonowali estetyczne przedmioty: starą porcelanę, meble, nie tak wtedy kosztowne i do nabycia w desie, stylowe bibeloty. W tym antykwariacie przeszłości polityka ulegała w starciu z estetyką, zostawała zmuszona do poddania się, przeprowadzano wyrazistą linię demarkacyjną pomiędzy dwoma światami; w tym drugim, estetycznym, można się było skutecznie ukryć.
Niespokojne lata sześćdziesiąte, apogeum opowieści Bieńkowskiej, są przede wszystkim latami jej własnych wyborów, jak dla wielu z jej pokolenia. Każdy oczywiście przyjmuje nieco inną pozycję opisu: autorka jest umysłowym dzieckiem Kołakowskiego, kręgu KOR-u, potem „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, wreszcie pisarką francuskich i włoskich tematów, emigrantką lat osiemdziesiątych. Ale to już osobna, jej własna historia.
Spłacając dług wobec rodziny — któż z nas go nie ma — Bieńkowska stawia pytanie niezmiernie ważne. Spróbuję powiedzieć, jak je rozumiem.
Zastanawia się mianowicie nad tym, czy współczesny czytelnik jest skłonny otworzyć się na jej opowieść, czy zechce ją zaakceptować. Nie chodzi jej bowiem o to, ile na tej opowieści skorzysta historyk idei, badacz PRL-owskiej mentalności, zbyt młody jeszcze, aby widzieć w niej doświadczenie własne. A skorzysta na pewno wiele. Starszy zaś potwierdzi trafność wielu diagnoz.
Niepokój pisarki wypływa z innego źródła.
„Do wspomnień zapisanych trzeba dorosnąć” — powiada. Co znaczy, jak myślę, zobaczyć siebie nie tylko jako część jednej rodziny i jako dziedziczkę jej niepowtarzalnej historii. Reaktywowanie tej rodziny w narracji przywraca ją życiu, budując jednocześnie konteksty pamięci, daleko wykraczające poza granice lat, w których dom Bieńkowskich fizycznie istniał.
Dom staje się tym samym częścią większego planu, jego dzieje zaś można czytać jako metaforę (dobrze znali siłę tej metafory nasi romantycy...). Ewie Bieńkowskiej udała się sprawa twórcza tak dla pisarza ważna: jej osobista, indywidualna rysa na skórze świata, jej świadectwo, jest wyraziste i wymowne jednocześnie. Być może ten świat nie ma już swojej kontynuacji, ale nie o to przecież chodzi. Jego emocje będą się odnawiać — choćby nie było już „pracującej inteligencji” XX wieku. Inne elity zajęły jej miejsce, przechodząc na stronę nostalgii, inteligencja ta zyskuje przecież, nie traci.

POSTSCRIPTUM
Szukając w bliższej okolicy książki podobnej w autorskim zamiarze, wymieniłabym „Pensjonat pamięci” Tony’ego Judta. Opublikowany już po śmierci autora daje się czytać jako rewers opowieści Ewy Bieńkowskiej. Jego historie rodzinne są odmienne, ale przecież rozgrywają się w tym samym czasie. Metryki piszących prawie się nakładają. Młody Anglik żydowskiego pochodzenia, wychowany w Anglii lat sześćdziesiątych, żył w świecie, który pokolenie Bieńkowskiej chciało uznać za swój, naturalny i dojść do niego: chodziło zaś o szybką zmianę, swobodny głos, dynamiczną rzeczywistość, poluzowanie więzów obyczajowych, wolność indywidualnych decyzji biograficznych. Osiągnęło to — ale porównanie osobistego kosztu dojrzewania (jakże wysokiego w „polskim” przypadku) poprzez medium tych dwóch książek wydaje się dodatkowo pouczające.


ADAM ZAGAJEWSKI:
Ewa Bieńkowska znalazła swój idealny temat: opowieść o rodzicach, rodzicach niezwykłych, różniących się między sobą, pochłoniętych pracą, twórczością, Historią i także, niekiedy, życiem codziennym, o ludziach rozumiejących się i zrywających to porozumienie... O rodzicach starzejących się, kłócących, umierających. Napisała o domu nietypowym, inteligenckim, zamieszkanym przez cztery utalentowane osoby (zwykle ta liczba jest skromniejsza). Ten dom był nietypowy także dlatego, że spotykały się w nim postaci, które na ogół w Polsce nie stykały się ze sobą nigdy; Kliszko i Gałczyński na przykład (ja wiem, oni się tam nie spotkali dosłownie, ale przeszli przez ten sam próg).
Szczęśliwa Ewa Bieńkowska: mieć taki temat pod ręką, we własnym domu... Musiała wyjechać do Francji, zaznać obcości, musiała stracić na długi czas swoich rodziców, potem stracić ich naprawdę, żeby ich odzyskać teraz, w tej opowieści. Czytałem ją z zainteresowaniem, z zachwytem.

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: