Pollakówna Joanna "Wiersze zebrane"
JULIA HARTWIG

ImageJoanna Pollakówna, „Wiersze zebrane”. Oprac. Jan Zieliński. Mikołów, Instytut Mikołowski, s. 536.
Wiersze zebrane Joanny Pollakówny, tom liczący przeszło 500 stron, rzucają nowe światło na obraz twórczości tej poetki, która choć wydała dwanaście tomików, pozostawała jakby na marginesie tego, co we współczesnej poezji polskiej się działo. Wiersze jej autorstwa pojawiały się w prasie rzadko, a ona sama równie rzadko udzielała się w życiu publicznym czy artystycznym. O tym, czego oczekiwała po poezji świadczyć miały jej wiersze, które od pierwszych publikacji wskazywały na trudną drogę, jaką podąży jej twórczość poetycka.
Dziś, mając dostęp do całego spadku poetyckiego, który zostawiła nam Joanna Pollakówna, możemy spojrzeć na jej twórczość z dystansu dziesięciu lat, jakie minęły od jej śmierci.
Niełatwo mi będzie uzyskać taki dystans do jej poezji, ponieważ nie tylko znałam panią Joannę, ale zostałam przez nią niejako wybrana do zaprzyjaźnienia się z nią, a zwłaszcza z jej wierszami. Zaufanie, jakie mi okazywała, wzięło początek z uważnego śledzenia moich publikacji, których lekturę kwitowała krótkimi liścikami, zawierającymi wrażenia z lektury. Gdy z okazji jakiegoś wywiadu zapytano Pollakównę, kiedy zaczęła pisać, odpowiedziała, że jej wiersze powstawały, zanim jeszcze nauczyła się je zapisywać. Wyrosła w rodzinie związanej z literaturą. Jej ojciec, Seweryn Pollak, był poetą, znawcą i tłumaczem poezji rosyjskiej, a jej matka, Wanda Grodzieńska, zajmowała się twórczością dla dzieci. Joanna nie weszła na tory tradycyjnej poetyki uprawianej przez ojca. Miała ambicję stworzenia poezji własnej, współczesnej, a zarazem wyrastającej z tradycji wielkich poetów, do których zaliczał się też — na co wskazuje jej poetyka — Norwid.
Złożona tajemniczą chorobą, której zdiagnozować nie umieli najznakomitsi polscy lekarze, poruszała się w pozycji półleżącej, w wózku. Tak pojawiała się czasem na ciekawszych spotkaniach w Domu Literatury, eskortowana i wnoszona tam po schodach przez oddanego jej męża, pisarza i tłumacza Wiktora Dłuskiego, którego pomocy i opiece wiele zawdzięczała.
Poezja nie była jedyną domeną jej twórczości. Była znanym historykiem sztuki, autorką cenionych prac, które ukazały się w druku. Wielbicielka renesansu włoskiego, dała temu wyraz w kilku ogłoszonych publikacjach. Jednak centrum jej zainteresowania stanowiło malarstwo polskie z okresu przed- i powojennego. Zanurzona we współczesności, wybiera sobie w pracy malarzy poszukujących, takich jak Tytus Czyżewski, wydaje książki "Formiści" i "Malarstwo polskie między wojnami 1918–1932". Szczególnie bliski jest jej Czapski, któremu również poświęca książkę, pisze też "O życiu i malowaniu braci Efraima i Menasze Seidenbeutlów", a w "Glinie i świetle" omawia twórczość najnowszej wówczas generacji: Sempolińskiego, Brykalskiego, Stajudy.
Wrażliwa i delikatna, odznaczała się niecodzienną siłą ducha, uporem i konsekwencją w realizowaniu swoich zamiarów twórczych. Jej poezja nie została doceniona, co może brzmieć paradoksalnie, skoro otrzymała dwie wysoko cenione nagrody: Kościelskich i Jurzykowskiego. Dziś, kiedy ukazały się jej wiersze zebrane, możemy oddać jej poezji sprawiedliwość.
Niech mi wolno będzie na koniec zacytować jeden z jej wierszy, dopuszczając do głosu samą poetkę:

A w jakąkolwiek ramę wejdą
wypełnią ją całą
struktury drzew związane barwą
tak zieleń powściągliwie sieje się w gałęziach

I z jakiejkolwiek studni —
niebo spojrzy całe
gwiazdy przywarte twardo
na napiętych węzłach
między punktem i punktem muzyka uwięzła
haustem jednym w nas wpadnie
zachłystem po gardło

Z jakiejkolwiek bliskości
przez ciemno przez jasno
mnie — zobaczysz w odłamku
strzępie
pół — odblasku
przeciw harmonii
drzewom
przeciw gwiazdom

JULIA HARTWIG

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: