Julia Hartwig o Stanisławie Barańczaku
ImageLudacja wygłoszona z okazji przyznania Stanisławowi Barańczakowi Nagrody Specjalnej Zeszytów Literackich, 12 XI 2012.


We wrześniu 2006 roku Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego postanowił przyznać profesorowi, doktorowi habilitowanemu, Stanisławowi Barańczakowi godność doctora honoris causa, w szczególności za to, że: „Jako jeden z najwybitniejszych pisarzy swojego pokolenia, twórca nowej poetyki, rozumiał zarazem, że język i forma poezji nie służą celom estetycznym, ale spełniają wysokie posłannictwo wartości kultury.
W swej twórczości poetyckiej i eseistycznej ujmował się zawsze za ludźmi skrzywdzonymi, oddzielając zawsze dobro od zła i bacząc, by to, co podłe i kłamliwe, nie miało nad nami mocy.
Najlepsze lata swojego życia poświęcił działalności opozycyjnej, walcząc bezkompromisowo piórem z opresją komunistycznej władzy, płacąc za to cenę prześladowań i wreszcie wygnania na obczyznę.
Dokonał gigantycznego dzieła jako tłumacz literatur obcych, wkładając cały swój kunszt i wysiłek w ocalenie piękna oryginału i zarazem w przenoszenie z jednej literatury do drugiej tego, co najcenniejsze w ich posłaniu.
Będąc profesorem Uniwersytetu Harvarda, odniósł prawdziwy sukces jako ambasador polskiej kultury i literatury, tłumacz wybitnych polskich poetów na język angielski, a także jako najwyższy autorytet naukowy i moralny polonistów zagranicznych”.
Jak widać, twórczości Stanisława Barańczaka, z okazji przyznania mu tytułu doctora honoris causa, przyznaje się miarę najwyższą. Zarówno jego działalności pisarskiej, jak i — gigantycznej — jak to słusznie określono, działalności przekładowej. Ale jest w tej charakterystyce pisarza nadwyżka, jaką w takich przypadkach nie często spotkać można. Sięga ona bowiem, poprzez opis pisarstwa, do samej osoby autora, ponieważ przekonania i idee towarzyszące mu w życiu znajdują wyraz w jego twórczości. Sylwetka, jaka się z tego związku wyłania, jest piękna i wyrazista, godna najwyższego szacunku i najlepszych uczuć. Bez Barańczaka poety nie byłoby Barańczaka tłumacza, i to takiego tłumacza.
Rzadki to przypadek, kiedy słowa podziwu odnoszące się do jednego człowieka kierować trzeba ku dwu dziedzinom twórczości, w których tak znakomicie się zasłużył. Tłumaczył Szekspira, angielskich poetów metafizycznych, Emily Dickinson, Larkina i Elizabeth Bishop. Rozległe tereny poezji.
Wydane w roku 2006 Wiersze zebrane pozwoliły przyjrzeć się rozwojowi tej poezji, już w okresie poczęcia wziętej w dwa ognie: odpowiedzialności za historię i poszukiwania własnego poetyckiego języka. Bogactwo językowe, jakim rozporządza Barańczak, jest nieporównywalne z niczym. Mówią o nim czasem: urodzony w języku, bo rozporządza jego ogromnym bogactwem, eksperymentuje z językiem, szanuje go i potrafi się też nim bawić, jak w satyrycznych Karafiołach czy Geografiołach. Jego zmysł humoru często objawia się właśnie w zabawach słownych. Jest jednym z tych rzadkich poetów, którzy potrafią użyć poezji do ukazania rzeczywistości, przygląda się szarej i zgrzebnej Polsce lat peerelowskich, podmalowanych czarnym humorem, widzi wielogodzinne ogonki do sklepów, wstawia do wierszy urywki zasłyszanych tam rozmów.
Najpiękniejsze są dla mnie jego liryki Podróż zimowa i wiersze miłosne, z których jeden, szczególnie wzruszający: „Płakała w nocy, ale to nie jej płacz go zbudził” i wiersz mówiący o ukochaniu muzyki przez Staszka: Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta.

JULIA HARTWIG

"Zeszyty Literackie" nr 120

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: