VOLKER SCHLÖNDORFF, Był Polską


Wajda stał się dla mnie wzorem jako reżyser i jako człowiek. Poznałem go jednak dopiero wiele lat później. Najpierw podziwiałem tematy, które wybierał, wyłaniające się z jego własnej historii i historii jego kraju. Potem poznawałem jego aktorów i sposób, w jaki ich prowadził. A na końcu zetknąłem się z bezpośrednią siłą i intensywnością jego obrazów, montażu i muzyki.


Dzień, w którym Andrzej Wajda zostanie złożony do grobu, będzie piękny i trudny zarazem. Trudne będzie pożegnanie z przyjacielem, który przez sześćdziesiąt lat swojego dziewięćdziesięcioletniego życia towarzyszył mi z bliska i z daleka.
Trudny, a może wręcz problematyczny, będzie również państwowy wymiar tej uroczystości. Za granicą Andrzej Wajda był najbardziej znanym polskim artystą, wręcz „był Polską”, podobnie jak Bergman „był Szwecją”. Tymczasem we własnym kraju, choć otoczony szacunkiem, bywał co rusz zawłaszczany przez polityczne strony, a czasami także przez nie wykorzystywany. Przyczyną były jego ciekawość i pozbawiona uprzedzeń otwartość, łączące go z ludźmi i wydarzeniami dotyczącymi wszystkich odłamów społeczeństwa i polskiej historii. Jako młody człowiek opowiedział o rozpaczy ostatnich, osaczonych powstańców, którzy podejmują próbę ucieczki, by zakończyć ją przed żelazną kratą zamykającą kanał. To jeden z obrazów polskiej historii. Marazm powojennego pokolenia znajduje w Wajdzie swojego Rimbauda, a w Zbigniewie Cybulskim — swojego Jamesa Deana. Robotnicy, arystokraci, oficerowie, rewolucjoniści i raz po raz silne kobiety z wszelkich klas składają się na spektrum polskiego społeczeństwa i polskiej historii. Z jego filmów wyłania się być może najpełniejszy, a na pewno najbardziej ludzki obraz, jaki można sobie wyrobić o Polsce. Wizerunek „politycznego” Wajdy umocnił się po zwycięstwie „Solidarności”, kiedy reżyser na chwilę stał się także parlamentarzystą. Jednak żaden z jego filmów ani żadne z przedstawień teatralnych nie daje się przyporządkować określonemu dogmatowi, ideologii czy politycznej filozofii.
Wajda był samotnikiem i indywidualistą niezależnie od tego, czy właśnie pracował w Łodzi nad filmem, czy przygotowywał inscenizację teatralną w Krakowie, angażował się politycznie i akademicko w Warszawie czy opowiadał się — i to aż w trzech filmach — po stronie gdańskich robotników stoczni. Jego praca miała charakter zespołowy, natomiast inspiracja była zawsze osobista. Opowieści Wajdy wyłaniały się z jego własnych przeżyć. Dlatego jego filmy dotykają ludzi również daleko poza granicami Polski. Wajda jest jedną z wielkich osobowości, porównywalnych do Alberta Camusa, jedną z tych słynnych latarni morskich, którym zawierzałem się w ciągu całego mojego życia. Jego głos słychać było daleko poza Europą, również w USA i w Japonii, o czym świadczą dwa najważniejsze wyróżnienia tych krajów — Oscar i Tokyo Award.
Jednak dzień pogrzebu Andrzeja Wajdy będzie piękny również dlatego, że przywiązywał on wielką wagę do przyjaźni. Przybędą wszyscy jego współpracownicy i aktorzy. Każde spotkanie przebiegające w spokojnej atmosferze pełnej miłości było dowodem na ich wielki dla niego szacunek i podziw. A on, mistrz wielkiej skromności, wydawał się tego nie zauważać. Był zaskoczony każdym komplementem. Nie chodziło o niego, tylko o sprawę, a sprawą była sztuka.
W 1956 roku, błąkając się po uliczkach Dzielnicy Łacińskiej w Paryżu, trafiłem do kina Cujas i obejrzałem tam „Kanał”. W następnym tygodniu w tym samym miejscu zobaczyłem „Popiół i diament”. Ja, młody Niemiec aspirujący do zawodu reżysera, byłem zmiażdżony. My nie byliśmy w stanie stworzyć czegoś takiego. Po prostu znajdowaliśmy się po niewłaściwej stronie historii. Nigdy nie potrafilibyśmy przemówić w tak prawdziwy sposób. Tak cicho i zarazem z taką siłą. Również dynamika następnych filmów, zwłaszcza pełnej namiętności „Ziemi obiecanej”, bardziej mnie onieśmieliła, niż uskrzydliła. Klucząc, poprzez Librairie Polonaise przy bulwarze Saint Germain, zbliżałem się do kraju, z którego pochodził ten człowiek i jego filmy. Mimo konsternacji, w jaką wprawiały mnie jego dzieła, chciałem traktować je jako wzorzec. Tak więc wyjechałem z Niemiec do Francji, po to aby odkryć Polskę — mój własny Trójkąt Weimarski.
Wajda stał się dla mnie wzorem jako reżyser i jako człowiek. Poznałem go jednak dopiero wiele lat później. Najpierw podziwiałem tematy, które wybierał, wyłaniające się z jego własnej historii i historii jego kraju. Potem poznawałem jego aktorów i sposób, w jaki ich prowadził. A na końcu zetknąłem się z bezpośrednią siłą i intensywnością jego obrazów, montażu i muzyki.
Podobnie jak wobec Kawalerowicza, Munka i Polańskiego, również wobec Wajdy odczuwałem rodzaj kompleksu niższości: wobec katastrofalnej niemieckiej historii to oni i ich sztuka zachowali godność, a może wręcz — sięgając po to straszne sformułowanie — wyszli z niej zwycięsko.
Od piętnastu lat uczę w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy w Warszawie. Jego eros paedagogicus oczarował mnie tak samo jak jego studentów. Już w 1977 roku z właściwą sobie werwą zachęcał mnie do nakręcenia „Blaszanego bębenka”. Zaproponował nawet, że ja nakręcę polską część powieści w Gdańsku, a on niemiecką, powojenną, w Düsseldorfie. Wspomagał mnie radą w wyborze aktorów do polskich ról, również później, gdy pracowałem nad „Królem Olch”. Bez jego wsparcia zapewne nie zdobyłbym się na odwagę nakręcenia „Strajku”. Ostrzegał mnie także przed możliwymi reakcjami, które rzeczywiście nastąpiły. Zdecydowanie odradzał mi spotkanie z Anną Walentynowicz. Rozmowa z nią okazała się dla mnie niezapomnianym przeżyciem i do dzisiaj nie mogę odżałować, że nie zaakceptowała filmu, pomyślanego jako homage dla niej.
Nigdy nie udało mi się współpracować z Wajdą jako reżyserem. Jedynie podczas warsztatów mistrzowskich, w trakcie których pracował z młodymi reżyserami nad wykończeniem ich filmów, miałem okazję pojąć, jaki był jako reżyser — nieugięty. W przeciwieństwie do swoich filmów on sam nikogo nie onieśmielał. Nie można było się mu oprzeć, był porywający, bezgranicznie emocjonalny; a jego radom, wskazówkom i przykładowi można było jedynie ulec, tak jak orkiestra poddaje się dyrygentowi. W taki sam sposób pracował też z aktorami, czy to u siebie z Krystyną Jandą, Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem i Andrzejem Chyrą, czy to w Berlinie z Hanną Schygullą, czy w Paryżu z Gérardem Depardieu. A oni nigdy nie grali tak dobrze jak u niego.
Żarliwość cechowała również nasze prywatne kontakty. Przy stole w jego domu pełnym antyków, dywanów i obrazów nigdy nie prowadziliśmy rozmów nieistotnych. Mówiło się na przemian po polsku, francusku, angielsku i niemiecku, a Wajda, zawsze szarmancki, pozostawał do końca poważny. Bycie artystą oznaczało bycie ogniwem długiego łańcucha, na który składały się epoki sięgające od renesansu do współczesności, literatura, muzyka i przede wszystkim malarstwo. Film także musiał się sprawdzić. Andrzej Wajda miał jeszcze wiele planów. Przez lata opisywał je w swoim dzienniku. „Do osiemdziesiątki — mawiał — nie uda mi się wszystkich zrealizować, możesz sobie coś wybrać”.

VOLKER SCHLÖNDORFF
tłum. z niemieckiego Barbara Andrunik

Fragmenty, całość w Zeszytach Literackich nr 136











Komentarze

Napisz komentarz
Imię:Gość
Tytuł:
Komentarz:

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: