ADAM ZAGAJEWSKI, Gdyby mnie ktoś zapytał




A gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest właściwie to życie duchowe, o którym tak lubisz wspominać w twoich tekstach, zadowolony, może nawet dumny, że taki jesteś niemodny, odważny...
Pracownicy intelektu, rozumu, wyobraźni czy też ducha — proszę skreślić to, co się państwu mniej podoba — są wyraźnie podzieleni na kategorie. Jeśli idzie o poezję, podział jest jasny: z jednej strony mamy poetów, z drugiej, trzeciej i czwartej krytyków, uczonych historyków literatury, bibliografów, recenzentów i także, last but not least, czytelników. Poeci są, jacy są. Pamiętam, jak przed laty w rozmowie z Janem Błońskim narzekałem na to, że poeci, których wtedy jako debiutant poznawałem, są jako ludzie często mało ciekawi, nie zawsze wybitnie inteligentni, niekiedy zaglądają do kieliszka zbyt często, zdarza się, że bełkocą w rozmowie. Błoński spojrzał na mnie uważnie, zachichotał i odrzekł w swojej niepowtarzalnej dykcji: ależ proszę pana, pan nic nie rozumie, tak musi być, oczywiście, na pierwszy rzut oka poeci i w ogóle pisarze wydają się kompletnie nieciekawi, niekomunikatywni, nieraz wręcz okropni w swoim egotyzmie czy autyzmie nawet. Musi się pan przyzwyczaić. Oni mają swoje chwile wielkości — ale wtedy nikt ich nie widzi — chwile, kiedy piszą, a poza tym są mało wdzięczni. (Na pewno on, autor książki o cyklu powieściowym Marcela Prousta, pamiętał o postaci Bergotte’a, wspaniałego pisarza, który miał „nos jak ślimak” i niczym interesującym się nie wyróżniał wśród innych banalnych gości pani Verdurin).
Wracając do podziału pracowników ducha: jest on wciąż potrzebny, mimo że tak wiele się zmienia. I mimo że mamy tu do czynienia z coraz to nowymi transgresjami. Historycy literatury piszą wiersze, recenzenci również, a poeci głoszą teoretyczne poglądy. Nieporządek ten utrzymuje się od początku świata, i Horacy, i T. S. Eliot, i Miłosz, i Brodski grzeszyli przeciw temu przykazaniu. Ale może warto jednak o nim pamiętać. Poeci mówią rzeczy ważne, bardzo ważne, ale kierują się przy tym swoim interesem, walczą o swoje wartości (mają do tego prawo), nie muszą czy nawet nie mogą osiągnąć obiektywizmu filozofa czy wielkiego krytyka.
Ale porzućmy ten wątek, w końcu drugorzędny.
Jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie o „życie duchowe w poezji”, musimy przez chwilę stać się nieco mniej poetyccy i uporządkować kilka pojęć. Życie duchowe nie może być rozumiane jako pewnego rodzaju mistyczny hedonizm, upajanie się samotnością, muzyką, kontemplacją. Te trzy elementy są może niezbędne (chociaż na przykład muzyka zgoła nie do wszystkich przemawia i nikt tego nie potępia) — ale wydaje mi się, że muszą być poprzedzone usilną pracą trzeźwego umysłu. Jednym z głównych niebezpieczeństw w każdej epoce jest bowiem niewolnictwo intelektualne, poddanie się, bezkrytyczne, głównemu prądowi myślowemu aktualnego momentu historycznego. Zaszczepienie owego przyjemnego mistycyzmu na fałszu jest, musi być, błędem. Co prawda przypominam sobie, jak kiedyś poddałem na zajęciach ze studentami druzgocącej krytyce swoistą właściwość poezji Brechta, to mianowicie, że była „zaszczepiona” na pewnej interpretacji marksizmu — a na to któryś student odrzekł — a Dante? Też zaszczepiony na pewnej interpretacji chrześcijaństwa.
Widzieliśmy w czasach komuny — jak ideologia może kształtować literaturę. Trwało to w Polsce krótko, ale trwało — nawet świetne umysły przez kilka lat poddały się iluzji heglowsko marksowskiej, obiecującej coś wspaniałego, wyzwolenie człowieka, a w praktyce prowadzącej do jego upokorzenia i nieszczęścia. Goethe powiedział gdzieś (cytuję za Sebastianem Kleinschmidtem): „Póki trwa epoka, nie da się znaleźć stanowiska, z którego można by ją osądzić”. A jednak wszyscy tego próbujemy...
Wyszliśmy już dawno z tego zagrożenia, ale przecież historia się nie skończyła, pojawiły się nowe złudzenia, nowe tendencje, nowe masowe zachwyty (np. różne odmiany postmodernizmu — bo o czymś tak farsowym i grubym jak obecnie podsuwany nam nacjonalizm czy narodowy katolicyzm, contradictio in adjecto, nie chce się nawet wspominać). Otóż żeby w ogóle mówić o życiu duchowym, trzeba naprzód spróbować się upewnić, że nie jest się taką właśnie nieszczęsną i nieświadomą — choć inteligentną — marionetką, która dodaje sobie otuchy, słuchając Mozarta i odbywając długie spacery o zmierzchu.
W naszej najnowszej tradycji ogromna praca myślowa dokonana przez Czesława Miłosza, który przecież zaznał pokusy heglowskiego ukąszenia, może nawet miał ranę na ciele zadaną mu przez tę dialektyczną żmiję, jest obrazem wyzwalania się znakomitego umysłu od złudzenia. Co więcej, Miłosz — jako wielki poeta — znał jedno i drugie, żmudną pracę rozumu i radość olśnienia. Olśnienia budowanego na prawdzie już, nie na iluzji.
Poezja jest jednak czymś tak nieprzewidzianym, tajemniczym, że nawet u Miłosza nie da się powiedzieć, że za młodu bywał „heglisto marksistą” i, mówiąc w niemądrym skrócie, „pisał trochę gorsze wiersze”, potem zaś zobaczył światło prawdy i jego sztuka poetycka zalśniła innym blaskiem. Nie, tak nie było. Młody Miłosz też pisał niezwykłe wiersze, wspaniałe (choćby „Obłoki” z 1938 roku czy „Spotkanie” albo „Ty silna noc”, też z lat trzydziestych). Jak to możliwe — nie wiemy i nie będziemy wiedzieć, i podziękujmy komu trzeba za tę ignorancję — to dzięki niej poezja, tak jak i inne sztuki, nie da się nigdy sprowadzić do uniwersalnego algorytmu. (Algorytm to słowo dzisiaj modne).
Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że dobrze jest radość duchową poprzedzić detektywistyczną pracą intelektualną. Co prawda — następne zastrzeżenie — jeśli spojrzeć na Olimp polskiej poezji, to Zbigniew Herbert, trzynaście tylko lat młodszy od autora „Zniewolonego umysłu”, po okresie terminowania objawił się jako ktoś doskonale wolny od trucizn epoki. Wolny, ironiczny, niezależny. Obdarzony talentem słowa poetyckiego i nadzwyczajnym zmysłem obserwacji. I niełatwo byłoby wykazać, że i on, jak Miłosz, przeszedł naprzód przez labirynt studiów nad myślą współczesną. Było chyba inaczej. Czytał starożytnych, klasycznych autorów, patrzył z podziwem na reprodukcje włoskich i holenderskich mistrzów — to był inny rodzaj edukacji, sięgnięcie do tego, co prawdziwe niejako z substancji, a nie z polemiki, pominięcie chybotliwych systemów zrodzonych w mózgach romantycznych, namiętnych, lecz także namiętnie podatnych na pomyłki.
[...]
ADAM ZAGAJEWSKI

Z tomu Poezja dla początkujących, który ukaże się nakładem Zeszytów Literackich.

Fragmenty, całość w Zeszytach Literackich nr 136











Komentarze

Napisz komentarz
Imię:Gość
Tytuł:
Komentarz:

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: