|
|
|
|
|
Konstanty A. Jeleński "Listy z frontu" |
|
Strona 1 z 3 Ten rozdział jest już jednak zamknięty - kiedy to piszę, armia radziecka prawdopodobnie wkracza tam, gdzie niegdyś było moje rodzinne miasto.
Nie wierzę, że możliwe jest rozwiązanie polskich kłopotów, chyba że wkrótce nastąpią jakieś znaczące zmiany. Zgadzam się z Panem, że dla sił zbrojnych istniałaby możliwość powrotu do Polski, nawet jeżeli zmieniłby się rząd, to znaczy gdyby Komitet Moskiewski włączył pro forma jednego czy dwóch z naszych ministrów. Jednak do takiej Polski nigdy bym nie powrócił, tak jak Szkot nie powróciłby do Brytanii, w której Szkocja oddana zostałaby Rosji, pan Gallacher byłby premierem w Londynie, a wolność jednostki przepadłaby na zawsze. Drogi Panie,
z radością odebrałem Pana list, tym bardziej że jedynie poczta nie działa tak jak należy, w naszym szybkim marszu naprzód, i kilka listów zagubiło się po drodze.
Sądzę, że zbliżamy się właśnie do końca drugiej części naszych działań i jestem skłonny zgodzić się z Panem - chociaż jest to, oczywiście, jedynie przypuszczenie - że ostateczne uderzenie nie nastąpi zbyt szybko. Zaciekłe walki w Normandii wraz z przebiegiem bitwy pod Falaise, w której decydującą rolę odegrała nasza dywizja, były bardziej interesujące niż wyzwoleńczy marsz przy niemal całkowitym braku oporu ze strony nieprzyjaciela.
Normandia z pewnością znacznie wzbogaciła moje doświadczenia. Nie jestem żołnierzem z powołania i szereg ćwiczeń w hrabstwie Suffolk oraz na równinie Salisbury, w których uczestniczyłem, bardzo mnie znudził. Natomiast udział w prawdziwych bitwach pancernych - uczestniczyłem w pięciu - jest bardzo ekscytujący. Nie istnieje nic poza bezpośredniością doświadczenia. Wcześniej byłem zainteresowany jedynie własnymi reakcjami, ale szybko uświadomiłem sobie, że introspekcja jest tutaj niemożliwa. Zanika także poczucie czasu: minuty mogą być godzinami, a godziny - minutami. Umysł i oko dążą do tego, by pracować tak wydajnie jak silnik shermana - i nie jest to łatwe zadanie.
Uderzała mnie przewaga, jaką mają nade mną moi towarzysze broni - często wiedzieli instynktownie, gdzie znajduje się przeciwpancerna broń nieprzyjaciela albo w którym miejscu może pojawić się tygrys. To, co sam próbowałem odgadnąć w drodze dedukcji, wspomagając się mapą i wiedzą teoretyczną.
Były też momenty, kiedy uświadamiałem sobie, że nawet wojna tworzy pewne formy dobra - takie jak wzajemna lojalność załogi czołgu, która często prowadzi do tego, że czworo ludzi rzuca wyzwanie śmierci, próbując ratować piątego z płonącego czołgu. A także - chociaż świadczy to o upadku naszych czasów - w stosowaniu pewnych reguł wojny, o których tak często zapominają Niemcy, jak natychmiastowa pomoc rannym nieprzyjaciołom i dobre traktowanie jeńców. Nigdy nie zapomnę tego nagłego ludzkiego uczucia, jakiego wszyscy doznaliśmy, kiedy młody jeniec, któremu przynieśliśmy trochę chleba, wybuchnął płaczem i powiedział: "Also es gibt noch gute Mennschen in der Welt". Spodziewał się, oczywiście, że zostanie zastrzelony na miejscu, jak według niemieckiej propagandy postępują Polacy i Kanadyjczycy.
Start Poprzednia 1 2 3 Następna Ostatnia |
|
|
|
 |