|
|
|
|
|
Tomas Venclova "Argentyna" |
|
Strona 1 z 2 Dom rodzinny Borgesa znajduje się przy skrzyżowaniu Tucumán i ulicy Esmeraldy, nawiasem mówiąc, zaledwie kilka przecznic dalej od nieistniejącego banku Gombrowicza. Ówczesne Buenos Aires było kompaktowe. Obaj pisarze kiedyś się poznali - nic z tego nie wynikło, pozostała tylko niezmiernie komiczna wizja nieudanego spotkania w Trans-Atlantyku Gombrowicza.
31 stycznia 2006
Po drodze do Santiago czytam książkę Gombrowicz w Argentynie. Niedługo będę w Buenos Aires, toteż zaczynam zgłębiać kontekst jego Dzienników. Miłoszowi powiodło się znacznie lepiej: Gombrowicz na samym początku wojny utknął po drugiej stronie Atlantyku, na południowej półkuli, skąd Europa i USA znajdowały się w owym czasie niewyobrażalnie daleko, a działalność i prasa emigracyjna praktycznie nie istniały. Przez całe dziesięciolecia tkwił on "na dnie" - mówi się, że musiał nawet żebrać, a w najlepszym przypadku pasożytować na rodzinach bogatszych Polaków i nie-Polaków. Później Radio Wolna Europa przysyłało mu sto dolarów miesięcznie (co odpowiadałoby dzisiejszym pięciuset czy siedmiuset dolarom, ale spróbuj tu przeżyć na Zachodzie za taką kwotę!). Przytrafiła się beznadziejna praca w małym polskim banku utrzymywanym przez reżim komunistyczny. Środowisko literackie - to mniej więcej tacy autorzy jak nasz litewski grafoman z Los Angeles Algirdas Gustaitis, autor patriotycznych dzieł i kiepskich książeczek dla dzieci. Na domiar złego całe otoczenie Gombrowicza - podobnie jak również Miłosza w Paryżu - podejrzewało, że jest on kryptokomunistą, i pisało donosy do wiadomych instytucji. Całkiem znane zjawiska, to samo mogłem obserwować również wśród litewskiej emigracji […].
4 lutego 2006
Na Pampie nic nie widzę z wyjątkiem świateł w nielicznych miejscowościach oraz pojedynczych drzew. Buenos Aires leży również na równinie. Jest duże - w Europie trudno doszukać się miasta tej miary - i nudne, przynajmniej przy dworcu Retiro, gdzie kiedyś pan Witold Gombrowicz szukał podejrzanych przygód. Zamieszkałem w centrum, nieopodal pasażu handlowego. Na ulicy o nazwie Floryda spektakl dla turystów, który ożywia się pod wieczór: klauni, gitarzyści, aktorzy w roli posągów, dwaj mali chłopcy w kapeluszach wydobywają z akordeonów płaczliwe dźwięki. Nieodzowna para tańcząca klasyczne tango. Tango, oczywiście, należy oglądać nie tutaj, lecz w kawiarniach dzielnicy San Telmo. Zawsze wydawało mi się, że to najłatwiejszy taniec na świecie - jedyny, jaki co nieco potrafię zatańczyć - jednak w Buenos Aires jego kroki są bardziej zawiłe, pełne niezwykle chłodnej zmysłowości: dama niedwuznacznie zarzuca zgiętą nogę na biodra gentlemana, wsuwa kolano między jego nogi, a wyraz twarzy obojga jest taki, jakby grali w pokera. Oboje tańczą niejako solo. Żadnej dynamiki i ekstazy, z czego słyną inne tańce latynoamerykańskie, które powstały w dzielnicach Afrykanów czy Mulatów. W Buenos Aires czarnoskórych - nawiasem mówiąc, również Indian - nigdy nie było i nie ma, tu wszystko ma być dyskretne i w stylu europejskim, nawet w burdelach. Z tych burdeli tango wybiło się na porządne sceny i sale balowe, dotarło do Starego Kontynentu, wreszcie na sale naszych niegdysiejszych szkół i rejonowych domów kultury - jednak już w bardzo sprymityzowanej i skarłowaciałej formie […].
Start Poprzednia 1 2 Następna Ostatnia |
|
|
|
 |