|
|
|
|
|
Ewa Bieńkowska "Święty Paweł za Murami" |
|
Strona 1 z 2 Ta najstarsza i najczcigodniejsza pamiątka chrześcijaństwa z wieku Konstantyna nie ma w sobie niemal nic autentycznego. Decyzja o odbudowie "na identyczne" była heroiczna. Zatrzeć nieszczęsne wydarzenie, które w kilka godzin rujnuje piętnaście stuleci! Ogromne koszty pokryto w szybkim czasie dzięki międzynarodowej zbiórce, w której hojnie uczestniczył car Rosji. Świeckie rządy i państwa innowierców czuły się zobowiązane do podtrzymania pamiątki epoki, kiedy chrześcijaństwo nie było jeszcze podzielone i przedstawiało całą czystość swych ideałów. Jeśli mówić o wspólnych korzeniach, to w tym przypadku; różnice zacierają się wobec dostojeństwa pierwszych biskupów Rzymu. Ale rezultat?…
Rzecz jest nie tyle w odbudowie, ile w przewodzącym jej duchu. "Zrobić tak samo" jeszcze w XIX wieku oznaczało przede wszystkim zachować wymiary - kolosalne - ale zrobić lepiej, wygładzić chropawości, uporządkować to, co nie było systematyczne, ulepszyć strop i unowocześnić posadzkę. I fasada, i wnętrze zieją chłodem, są opróżnione z tajemnicy. Ręka XIX-wiecznych rekonstruktorów jest widoczna na "odnowionych" ścianach, rzeźbach, mozaikach. Pożar częściowo pozostawił mury absydy, ściany naw bocznych - ale i je należało wyburzyć, bo nie dawały gwarancji trwałości. Inaczej mówiąc: wszystko tu jest XIX-wieczne. Z wyjątkiem gotyckiego cyborium Arnolfa di Cambio i świecznika paschalnego braci Vassalletto z XIII wieku. Nie mam pojęcia, jak mogły ocaleć, lecz nawet ich czar nie ratuje sytuacji.
Najbardziej przykre wrażenie wywiera mozaika na łuku triumfalnym i w absydzie. Stendhal zapamiętał sprzed pożaru przede wszystkim Starców z Apokalipsy (jest ich tylko dwudziestu czterech). A jeśli mówi o strachu, który wieje z wyobrażeń na mozaikach, dotyczy to (dzisiaj, gdy je oglądam) biustu Chrystusa na łuku. Ani przez moment nie można pomyśleć, że jest autentycznym dziełem z czasów papieża Leona Wielkiego. Naprawiacz obdarzył go twarzą straszliwą - podobne twarze mogłyby mieć postaci potworów z filmu niemego. Oczy magnetyczne i wyjątkowo przykry grymas ust. To nawet nie bezwzględny sędzia Sądu Ostatecznego, to nie Boża Sprawiedliwość. Wargi wykrzywiają się z pogardą; dłoń podniesiona w geście błogosławieństwa nie może nikogo zmylić. To posępny władca ludu zdanego na jego kaprysy. Jeśli już podczas wycieczek przed pożarem Stendhal wyczuwał tu zapowiedź piekła, twarz na poprawionej mozaice, opuszczone kąciki ust kojarzą się z piekłem za życia, na które może nas skazać taki panujący.
W samej absydzie jest lepiej dzięki jedynemu pasmu mozaik niezniszczonych ani przez żywioły, ani przez człowieka. To pasmo, w dole czaszy, jest śliczne: anioły po dwóch stronach ołtarza z krzyżem greckim i figury apostołów. Wyżej jest część główna, już poprawiona. Z jednym wyjątkiem, co podkreślają przewodniki: Chrustus siedzi, mając po bokach apostołów Piotra, Andrzeja, Pawła i Łukasza. A u nóg Chrystusa czołga się, próbując ucałować stopę, papież Honoriusz III, sprawca XIII‑wiecznego wystroju bazyliki. Otóż Honoriusz jest autentyczny. Maleńki, bez żadnych proporcji, z daleka prawie niewidoczny, z bliska robi wrażenie białego żółwia. Dopiero na powiększonych zdjęciach widać twarzyczkę, naiwną i adorującą. Przyznam, że to jego osóbka nie tyle pogodziła mnie z mozaikami Świętego Pawła (to jednak niemożliwe), ile skupiła uwagę i pozwoliła uwolnić się od natręctwa złego smaku. W brzydkiej dzielnicy z lat siedemdziesiątych XX wieku, za fatalnie ozdobioną fasadą (styl sklepu z dewocjonaliami), przy anonimowej posadzce i udoskonalonych medalionach ze wszystkimi panującymi dotąd papieżami - i co najgorsze, wobec twarzy, która nie może być obliczem Syna Bożego -malutki żółw Honoriusza III ociepla atmosferę. Wyjdę z nim z kościoła, jakbym trzymała go we wnętrzu dłoni.
Start Poprzednia 1 2 Następna Ostatnia |
|
|
|
 |