JAN RYSZARD BYCHOWSKI, List do ojca

Ryszard Bychowski, 1942 r. Fot. z arch. Joanny Olczak-Ronikier


„Nowym”, którym byłem, zajął się natychmiast dwunastoletni (urodzony jak ja w 1922 r.), żywy, sympatyczny, piegowaty blondynek z zadartym noskiem Ryszard Bychowski, syn Gustawa, znanego psychoanalityka, autora głośnej w swoim czasie książki „psychoanalizującej” Hitlera. Pamiętam jak na drugi dzień „przekupiliśmy” grubego chłopca, do którego (dwuosobowej) ławki zostałem przydzielony, usiadł na jego miejsce Rysiek i od tego czasu praktycznieśmy się nie rozstawali, odprowadzając się wzajemnie do domu, widując się stale poza szkołą, dzieląc lektury, kino, pływanie, tenis. Bychowski był Żydem, sam mi o tym powiedział, ale nikt o tym chyba poza mną w klasie nie wiedział trudno było zresztą o mniej żydowski typ fizyczny nie słowiański zresztą ten typ odkryłem dopiero później, w czasie wojny w Anglii wśród Irlandczyków. (…)

Pod koniec drugiego roku (1934-1935) trafił nas przysłowiowy grom z ciemnego już ale nie zdawaliśmy sobie z tego naprawdę sprawy nieba. Było to na lekcji matematyki, której uczył prof. Jumborski (ciekawe to jedyne nazwisko prócz Młodożeńca, który uczył polskiego jakie wśród nauczycieli Batorego pamiętam). Wezwał Ryśka Bychowskiego do tablicy (i on i ja najgorzej staliśmy z matematyki) i Rysiek fatalnie odpowiadał. Gdzieś z końca klasy ktoś zaintonował: Zyyt (nie „Żyd” pamiętam to Zyyyt mam to w uszach) — i wkrótce podjęła to c a ł a n i e m a l k l a s a!

N i g d y przedtem nie mieliśmy na ten temat żadnej przykrości! Profesor Jumborski (przezywany „Jumbo”, był wielki, ciężki trochę słoniowaty) wstał, blady z wściekłości (dowiedzieliśmy się później, że sam był Żydem) i zaczął krzyczeć coś w rodzaju „Barbarzyńcy, niegodziwi barbarzyńcy!” Po czym wyszedł z klasy, trzasnąwszy drzwiami, żeby sprowadzić dyrektora. Rzu­ciłem się wówczas na najbliżej mnie siedzącego kolegę, który należał do „chóru” Rysiek doskoczył i zaczęła się dosłownie krwawa bójka, w której na t r z y d z i e s t u k i l k u tylko pięciu kolegów biło się po naszej stronie: Baczyński, Wojtek Karaś, Jurek Karcz (syn sanacyjnego pułkownika), Jurek Dziewulski (…).

W rok później opuściłem Batorego (mój ojciec był na placówce za granicą, a moja babka, siostra zresztą Stefana Czarnowskiego, u której wówczas mieszkałem, umarła). Z Ryśkiem Bychowskim długo korespondowałem, spotkałem się z nim potem w Anglii w czasie wojny był w lotnictwie i zginął zestrzelony w swoim bombowcu w raidzie nad Kolonią…

Konstanty A. Jeleński
Z listu do Józefa Lewandowskiego („ZL” 1988 nr 1/21, s. 128-129)




JAN RYSZARD BYCHOWSKI

List do ojca

5 XII 1943
Bircotes, nr Doncaster

Mój Kochany!

Jest to drugi z rzędu list z serii niewysłanych. Pierwszy napisałem w czerwcu i leży u Maxa. Ten piszę dzisiaj, ponieważ są sprawy, o których muszę z Tobą pomówić. Chcę, żebyś znał mój punkt widzenia na pewne zasadnicze zagadnienia. W nocy z drugiego na trzeciego października miałem poważną kraksę, z której tylko cudem wyszedłem, a teraz znów wróci­łem do latania. Ten list ma być zabezpieczeniem – w razie ponownego wypadku z mniej szczęśliwymi rezultatami będziesz wiedział to, co bym Ci chciał powiedzieć, gdybyśmy dziś mogli mówić ze sobą.

Po tym przydługim wstępie przechodzę od razu do sedna rzeczy.

Po roku pobytu w Anglii doszedłem do wniosku, że Polacy nie dorośli jeszcze do samodzielności i suwerenności, i że my, Żydzi ani nie mamy po co, ani nie powinniśmy wracać do Kraju. Poniżej postaram się wytłumaczyć Ci, jakimi drogami doszedłem do tych dwóch konkluzji.

Punkt pierwszy: Polacy nie dorośli do niepodległości takiej, jaką mieli przed wojną. Otóż rządzenie państwem to pewna sztuka wymagająca takich cech jak przede wszystkim: umiejętność organizacji, kompromisowość, poczucie realizmu, poza oczywiście inteligencją i znajomością zasad adminis­tracji, ekonomii itp. Wszystkich tych cech brak nie tylko masie naszych rodaków, co byłoby i zrozumiałe (stoimy o tyle z tyłu za Zachodem) i samo w sobie nie zabójcze dla możliwości samodzielnego istnienia Polski, ale brak ich bije w oczy u tzw. inteligencji.

Życie polityczne emigracji polskiej na terenie Anglii, „polityka” zagrani­czna rządu, stosunki w wojsku, utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest z tymi ludźmi, a więc i z Polską o wiele gorzej niż myśleliśmy. Brak zdolności organizacyjnych jest czymś doprawdy chorobliwym, czymś, czego nie widzą może ludzie, którzy sami w tym tkwią, ale co uderza na każdym kroku tych, którzy przez kilka miesięcy czy lat żyli w którymś z krajów Zachodu, z dala od ministerstw lub od wojska.

Przez długi czas usiłowałem wmówić w samego siebie, że ten obraz, który widzę, jest wykrzywiony, że każda emigracja jest chora, wykolejona i bynajmniej nie charakterystyczna dla narodu. Pod wpływem naszych sztokholm­skich i nowojorskich przyjaciół politycznych, szczerych, ale naiwnych, myś­lałem: „W Kraju jest inaczej”. Niestety, nie jest inaczej. Widziałem ludzi świeżo przybyłych i czytałem raporty z sytuacji w Kraju, wydawane tu jako tajny dokument do użytku ministrów i członków Rady Narodowej. W Kraju wprawdzie ma zaiste miejsce bohaterska walka podziemna, ale sposób myś­lenia, bez względu na przynależność partyjną, pozostał wąski, „narodowy”, romantyczny i wyprany z jakiegokolwiek poczucia rzeczywistości. Walka podziemna nie jest dobrą szkołą, ani dobrym przygotowaniem do normal­nego rządzenia państwem. Wręcz przeciwnie. Jeżeli jeszcze w podziemiach snuje się na dodatek plany protektoratu nad Litwą i krucjaty antybolszewickiej (vide Raporty z Kraju wydane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych – księga za maj–czerwiec 1943), to nie musiało się tam dużo zmienić, mimo kataklizmu, jakim był upadek państwa i mimo terroru niemieckiego.

Słowo o stosunkach polsko–sowieckich. Wiemy wszyscy, jak wygląda Rosja i jakie stosuje metody (chociaż może i my nie patrzyliśmy na nią przez zbyt obiektywne okulary). Ale gdybym dzisiaj był najdemokratyczniejszym Rosjaninem, wiedział to, co wiem o nastrojach polskich i decydował o rozwoju stosunków między dwoma rządami, zrobiłbym absolutnie to samo co zrobił Stalin.

Nienawiść, pogarda, chęć zemsty nad Rosją, przybierają formy wprost zoologiczne. O Niemcach już się w ogóle nie mówi i nie myśli (chyba na zewnątrz). Wrogiem – odwiecznym i znienawidzonym jest Rosja. Wojna z nią jest jedynie kwestią czasu. Każde zwycięstwo sowieckie witane jest zaciś­nięciem pięści i złorzeczeniem, każdy kontratak niemiecki i odbicie choćby jednego miasteczka – uśmiechem zadowolenia i satysfakcji.

Taki jest nastrój od generała do szeregowego i od narodowca do socjali­sty. Co myślą partie prawicowe nie wiem, ale wystarczy czytać ich prasę. Niestety, dowiedziałem się, co myślą PPS-owcy, na wielogodzinnym zebraniu, którego słuchałem. Wielkie figury socjalistyczne, ministrowie i członkowie Rady Narodowej zgodnym chórem deklamowali o jedności narodowej przeciw „sowieckim zakusom”, wołali, że nie oddamy ani piędzi ziemi, wyrażali nadzieję, że uda się kontrofensywa niemiecka. Pragier napadał na min. Romera za to, że prowadzi za słabą politykę zagraniczną, że powiedział dziennikarzom „nie możemy mówić o granicach, szczególnie w czasie wojny” „O granicach ani o plebiscycie nie będziemy mówić ani teraz, ani po wojnie” – oświadczył prof. Pragier. Ciołkosz ostro skrytykował Singera za jakąś uwagę o Petlurze w Dzienniku Polskim „Petlura to nasz sojusznik” – to Ciołkosz, ponoć najinteligentniejszy człowiek lewicy.

Nie, mój drogi, ci ludzie są i chorzy, i przy tym mają bielmo na oczach. Moim zdaniem, wszyscy wpędzają się sami w ślepy zaułek, w sytuację białej emigracji rosyjskiej po tamtej wojnie. Bardzo być może, że Rosja w ogóle nie chce kompromisu. Gdyby go chciała – nie byłoby z kim. W tych warun­kach nie ma mowy o rządzie innym niż z gruntu antysowiecki, o armii innej niż nastawionej na wojnę z Rosją.

Przechodzę do sprawy drugiej, o wiele dla mnie istotniejszej, bliżej mnie obchodzącej, i o wiele boleśniejszej.

Stosunek do Żydów stał się probierzem moralności; moralności jedno­stek, liberalizmu i demokratyzmu społeczeństw.

Wiem, że trudno jest w krótkim czasie zmazać dwadzieścia lat propa­gandy antysemickiej. Ale wydawało mi się, że jeżeli nawet nie wojna przeciw Hitlerowi, jeżeli nie wspólne nieszczęście, to przecież ta przeogromna tragedia Żydów w Polsce w roku 1942 i 43 doprowadzi do rewolucji w poglądach polskich. Nic podobnego.

Wielką czarną księgę można by napisać o tym, co działo się przy tworzeniu wojska polskiego w Rosji i przy wyjazdach do Persji. Dziki antysemityzm był pierwszym odruchem na odzyskaną wolność, na wypuszczenie z więzień, na mundury z orzełkiem. Mam kolegów, których bito do krwi, których wyrzu­cano po tygodniach i miesiącach pobytu w wojsku. Znam takich, którzy jeszcze w Persji w obozie nosili opaski na prawym ramieniu (tak!). To nie Rosjanie nie chcieli wypuścić Żydów. Okólnik sowiecki na ten temat wyszedł już po ukończeniu rekrutacji, przed samym wyjazdem. Gen. Żuków powie­dział interweniującemu u niego Kotowi: „nam potrzebne jest to rozporządze­nie ze względów politycznych. Interpretacja należy do was. Czyż odrzuciliśmy wam choć jedno żydowskie nazwisko z waszych list wyjazdowych?”.

Delegaci polscy odmawiali pomocy pieniężnej czy żywnościowej obywatelom polskim – Żydom. Dzisiejszy wicepremier Rządu Polskiego i „socjalista” p. Kwapiński był notoryczny pod tym względem. Zresztą po przybyciu do Londynu, na powitalnym przyjęciu w Ambasadzie, zapytany o ilość pozo­stałych w Rosji, oświadczył: „około miliona, bo Żydków przecież nie liczę”.

Wydaje mi się, że milczenie pokrywające ten rozdział historii wojennej – wyjazd z Rosji, jest jedynie chwilowe. Usłyszymy o tym więcej i od naszych przyjaciół, kiedy ich zobaczymy, i od propagandy sowieckiej, która skrzętnie gromadziła materiały i wykorzysta je zapewne w odpowiednim dla siebie momencie.

Nieliczne docierają tu wiadomości z armii polskiej na Bliskim Wscho­dzie. Ale pod jedynym względem obserwatorzy zgadzają się ze sobą – jeśli ta armia kiedykolwiek wkroczy do Polski, pierwszym jej aktem, tak jak po tamtej wojnie armii Hallera, będzie pogrom antyżydowski.

Wiemy też o tajnym rozkazie gen. Andersa do oficerów na temat antysemityzmu (widziałem odbitkę tego rozkazu). Prosi on o powstrzymanie się od ekscesów, tak się bowiem złożyło, że jesteśmy aliantami Anglii i Ameryki i szkodzi to nam propagandowo. „Tymczasem” więc należy dać spokój, „spra­wiedliwość wymierzymy sami po powrocie do Polski, za to, że Żydzi witali we wrześniu armię sowiecką”. „Sprawiedliwość wymierzymy sami w duchu chrześ­cijańskim, tymczasem musimy powstrzymać się od antysemickich czynów”.

W lipcu 1942 rozpoczęło się wypróżnianie getta warszawskiego. Dziś, po roku systematycznego mordu w stolicy i na prowincji, społeczeństwo żydow­skie w Polsce przestało właściwie istnieć. Jak na tę bezprzykładną zbrodnię z rąk wspólnego wroga zareagował naród polski?

Moi koledzy w lotnictwie i w armii byli albo obojętni, albo otwarcie się cieszyli. Przez całe tygodnie widziałem chłopców uśmiechających się pogard­liwie na widok nagłówków Dziennika Polskiego o mordach Żydów. Nie chcieli kupować Dziennika, bo: „ciągle tylko o tych Żydach” Na pewno rozumiesz, jak to było bolesne, ale mogę Cię zapewnić, że zdawałem sobie cały czas sprawę z tego, że to częściowo poza, częściowo nieznajomość prawdziwego stanu rzeczy, wielka odległość i faktyczna, i psychiczna od miejsca, w którym się wszystko rozgrywało. Znów pocieszałem się myślą, że w Kraju jest inaczej, znów karmiłem się propagandowymi historyjkami, że ktoś tam kogoś schował z narażeniem własnego życia.

Dziś wiem, że tzw. kraj też nie zdał egzaminu. Niemcy wybrali Polskę na miejsce kaźni dla Żydów z całej Europy nie tylko dlatego, że tam było najwięcej tych, których chcieli zlikwidować. Niemcy zdawali sobie sprawę, że w Polsce nie spotkają się z masowym protestem ludności, że nie będzie tam miała miejsca taka spontaniczna kontrakcja, jak w Danii czy Holandii, że nie muszą obawiać się tak efektywnego protestu ze strony Kościoła, jak we Francji (odezwy arcybiskupów Tulonu, Marsylii i in.).

Kiedyś niestety usłyszymy całą prawdę od kogoś z naszych bliskich, kto jednak przeżył. Ale już w tej chwili widzę, że wokół idącego na śmierć ludu żydowskiego była tylko obojętność; pogarda, że nie walczą; zadowolenie, że „to nie my”; czuję, że nie było tam atmosfery, w jakiej znajduje się dziś we Francji, Belgii czy Holandii każdy zestrzelony lotnik aliancki – atmosfery dającej pewność pomocy uciekającemu z getta Żydowi. Żydzi nie mogli masowo uciekać, bo nie mieli dokąd. Za murami gett było obce państwo, obca ludność i to jest, zdaje się, straszna prawda.

Koła polskie drwiły z bierności Żydów wobec maskary. Kiedy postano­wiono obronę getta warszawskiego, rozpoczęły się tragiczne pertraktacje o broń z polską (rządową) organizacją wojskową. Trwały one miesiącami, podczas gdy każdy dzień był decydujący. Polacy wykręcali się, że nie mają sami, że trudno im dać. Pierwsza broń i amunicja przyszła od… bolszewików.

Nielicznym tysiącom udało się wydostać i uniknąć Treblinki, Majdanka czy Sobiboru. Żyją oni niepewni chwili nie tylko dlatego, że może ich wykryć niespodziewana rewizja niemiecka. Są Polacy, którzy zajmują się regularnie szantażem Żydów i wyłudzają od nich ostatnie pieniądze pod groźbą wydania Niemcom. Wiem, że wypadków denuncjacji i śmierci zadenuncjowanego a nagrody pieniężnej (500 zł) dla denuncjatora było dużo. Ostatnia księga sprawozdań z sytuacji krajowej, pisana w Warszawie a wydawana tutaj przez Min. Spraw Wewnętrznych (wspominałem o niej na wstępie), wraca do skończonej już epopei getta warszawskiego w związku z omawianiem dzia­łania „ekspozytur sowieckich” „Trudno powstrzymać się od uwagi – pisze ta księga – że likwidacja getta warszawskiego była poważnym ciosem dla jaczejek komunistycznych. Sowiety straciły za jednym zamachem drukarzy, drukarnie, czytelników i zwolenników. Likwidacja getta wybitnie osłabiła działalność wschodniego wroga”

W innym miejscu, omawiając przyszłość Litwy (pod protektoratem Pol­ski, oczywiście) warszawscy politycy proszą rząd i emigrację o podkreślenie i ogłaszanie roli Litwinów w tępieniu Żydów. „Odwróci to ostrze propagandy międzynarodowego żydostwa, które Polskę oskarżać będzie o współudział w mordzie Żydów, we właściwym kierunku i dopomoże nam jednocześnie do uzyskania naszych celów politycznych”

Charakteryzując stosunki i nastroje litewskie „żołnierze Polski Podziem­nej” piszą: „Litwini mało ustępowali Żydom w serwilizmie i gloryfikacji sowietów”

Tak to jest. Drżę na myśl co ja tu piszę do Ciebie i nie byłoby szczęśliw­szego ode mnie człowieka, gdyby wszystko to okazało się nieprawdą. Nie­stety, są to fakty, na które nie wolno nam zamykać oczu. Chcę, żebyś Ty miał oczy otwarte, Tobie specjalnie nie wolno nie widzieć rzeczywistości, możesz mieć szansę powrotu i to na wysokie stanowisko. Ale nie urodziłeś się politykiem, ideowym jakimś żołnierzem podziemnym. Dla Ciebie ważna jest praca naukowa i szczęście, ale przede wszystkim własne (tzn. rodziny i bliskich), spokój i zadowolenie. Powrót byłby wielką krzywdą dla Ciebie samego, dla Moniki. Powrót byłby krzywdą wobec tych naszych, którzy się uratują, i którzy będą mogli żyć i częściowo choć zapomnieć tylko wtedy, kiedy wyciągniemy ich spośród tych murów i spomiędzy tych ludzi, gdzie każda chwila przypominać im będzie to, co przeżyli.

Mam nadzieję, że wyjdę cało z wojny. Jestem już właściwie zdecydowany, że do Polski nie wrócę. Nie chcę nigdy więcej być obywatelem drugiej kategorii i nie chcę, by mój syn nie miał równych szans z innymi. Ale nade wszystko boję się poznania całej prawdy o reakcji społeczeństwa polskiego na zagładę Żydów. Nie mogę żyć, rozmawiać, nie jestem w stanie pracować z ludźmi, którzy może odwracali się plecami do potrzebujących pomocy Żydów, którzy potrafili przejść do porządku dziennego nad ich likwidacją, zająć ich mieszka­nia, a denuncjować lub szantażować wyratowanych niedobitków.

Tyle tylko miałem Ci do powiedzenia, mój kochany.

Może kiedyś, po latach, pojadę tam z powrotem po to, by zebrać mate­riał do książki o tragedii żydowskiej, którą chciałbym napisać.

Całuję Cię gorąco

Twój syn

JAN RYSZARD BYCHOWSKI

JAN RYSZARD BYCHOWSKI ur. 1922 w Wiedniu, zm. 1944. Syn wybitnego psychoanalityka; wnuk lekarza, członka warszawskiej Rady Miejskiej, w 1941 przedostał się z rodziną do USA, studiował na University of California. Po roku zaciągnął się jako ochotnik do Polskiej Armii w Kanadzie. Wyszkolony na lotnika, od 1943 w Anglii, sierżant nawigator w I Polskim Dywizjonie Lancasterów, zasłynął z odwagi w bombardowaniach misji niemieckich. Zarazem studiował ekonomię i nauki polityczne na Uniwersytecie Londyńskim. Członek PPS. Zginął 22 maja 1944 w locie bojowym.

KONSTANTY A. JELEŃSKI, ur. 1922, zm. 1987. Nakładem Zeszytów Literackich ukazały się jego Listy z Korsyki. Do Józefa Czapskiego. Ogłosił Zbiegi okoliczności (Instytut Literacki, 1982; wydanie rozszerzone w opracowaniu Wojciecha Karpińskiego, 2018). Poświęciliśmy mu „ZL” 21 i 61.