EWA ZARZYCKA-BÉRARD, Jan Zachwatowicz, Petersburg–Warszawa 1900–1924


Basi, na pamiątkę młodzieńczej odysei, powrotu do Itaki z wypraw, co to pół wygnaniem, a pół włóczęgą były: Warszawa–Paryż–New Haven–Mediolan–Warszawa Bywają takie okoliczności, kiedy nawet najszlachetniejsi ludzie nie stronią od fałszowania dokumentów... Jan Zachwatowicz urodził się w Gatczynie pod Petersburgiem w 1900 roku i był wobec tego „narodowości rosyjskiej”. Rodzice jego, którzy przybyli tu z Wilna, mieli „narodowość polską”. Gdy w 1921 roku stanęła kwestia wyjazdu do nowo powstałej Polski, okazało się, że Jan nie ma do tego prawa. Nie pozostawało nic innego, jak podrobić metrykę. Fortel się udał, a nabyte umiejętności okażą się nieocenione dwadzieścia lat później, pod okupacją niemiecką, kiedy to Zachwatowicz, adiunkt wydziału architektury Politechniki Warszawskiej, założy tajną fabrykę fałszywych dokumentów.
Pod koniec wieku Wincenty Zachwatowicz, instruktor maszynistów, został skierowany do pracy na węzeł kolejowy carskiej rezydencji Gatczyna. „Inżynierowie w Rosji to prawie wyłącznie Polacy, Rosjan wśród nich nie uświadczysz”, pisała wpływowa gazeta konserwatywna „Nowe Czasy”. Dwa lata później ojciec Jana dostaje awans i cała rodzina przenosi się do stolicy. Dwaj starsi bracia i siostra Hela chodzą już do szkoły. Jan uczy się w domu pisać po polsku.
Zachwatowiczowie wjechali do stolicy od południa, lądem. Wzdłuż obu brzegów szerokiej rzeki biegną fasady XVIII wiecznych pałaców i budynków: z prawej strony neoklasyczna Akademia Sztuk Pięknych, barokowy pałac Mienszykowa, ceglastego koloru uniwersytet i niebieska Kunstkamera. Wybrzeże kończy się cyplem, który wbija się w rzekę portykiem neoklasycznej giełdy osłoniętym przez dwie kolumny ze sterczącymi czarnymi rostrami. Spiętrzona masa wody z impetem wali w granitowe nadbrzeża, lecz lekkie, kolorowe pierzeje barokowych budowli i czerwień kolumn rostralnych mienią się wenecjańsko nad ołowianymi falami. Dalej ciągną się grube mury Twierdzy Pietropawłowskiej, spoza których wyziera filigranowa złota iglica cerkwi, postawiona na żądanie Piotra Wielkiego pragnącego, by pierwsza świątynia w mieście wznosiła się w niebo nie pięcioma prawosławnymi kopułami, lecz protestanckim szpicem. Na lewym brzegu rzeki ciągnie się niewspółmiernie wydłużona, barokowa fasada Pałacu Zimowego. W zimie zamarznięta Newa zamienia się w skrzącą połać lodu. Z mostu widać, jak na gładkiej tafli usadawia się, niczym na obrazie Brueghla, miniaturowe miasteczko: góry lodowe dla zabaw ludowych, rębacze lodu, ożaglowane sanie, łyżwiarze, przewoźnicy, a od 1911 roku tramwajowe tory. Bogactwo, urok i fantazja tej feerycznej architektury na tle pustkowia północnej przyrody budziła zaiste wrażenie scenerii operowej. „Potiomkinowskie wioski” mają niedobrą sławę architektonicznego oszustwa. Lecz czy podobne „oszustwo” nie leży u podstaw teatru i opery? Tak w każdym razie odbierał Petersburg młody Zachwatowicz: „Jako mały chłopak marzyłem, żeby zostać scenografem w teatrze, bo oglądałem wielkie, wspaniałe przedstawienia operowe i baletowe, które robiły na mnie ogromne wrażenie [...]. W Petersburgu przeszła moja młodość [...]. Trzeba powiedzieć, że była pełna sztuki. Po pierwsze, architektura Petersburga, która niewątpliwie na mnie oddziaływała [...]”.
Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że rodzice Jana wjeżdżali do stolicy imperium, powtarzając strofy ustępu „Dziadów Części III”: „Oko nie spotka ni miasta, ni góry / Żadnych pomników ludzi ni natury”, gdy nagle, za zakrętem drogi, ukazuje się olśniewający widok: „Z dala, już widno, że stolica / Po obu stronach wielkiej, pysznej drogi / Rzędy pałaców”. Miasto niepodobne do żadnego innego, „marmur na glinie, glina na marmurach”, miasto kosmopolis „jak wieża Babel”, wymyślone, sztuczne. Słowa Mickiewicza o „mieście Szatana” brzmiały dla nich zapewne jak ostateczne potępienie. Jan zaś zdał się na swą wrażliwość malarską i z zachwytem obserwował pejzaż miasta. Bezwiednie wstąpił na drogę, którą od paru lat torowali artyści zgrupowani wokół Sergieja Diagilewa i pisma „Świat Sztuki” („Mir Iskusstwa”). Zauroczeni Petersburgiem, malarze i architekci Aleksander Benois, Lew Bakst, Konstanty Somow, Aleksiej Szczuko, zajęli się scenografią i przenieśli teatr miasta na scenę teatralną.
Jan zostaje zapisany do gimnazjum klasycznego, gdy latem 1914 roku wybucha wojna. We wspomnieniach, które Zachwatowicz nagrał w 1979 roku, wojnie i rewolucji poświęcone jest zaledwie parę słów. A były to dla stolicy, przemianowanej przez Mikołaja II na Piotrogród, lata ciężkie i niezwykłe. Nie tylko upadło samodzierżawie, a Lenin proklamował Republikę Rad, lecz w marcu 1918 sztab partii i nowy rząd chyłkiem opuścili Piotrogród, by obwieścić z Kremla, że rząd socjalistycznej Rosji obrał za stolicę Moskwę. Po dwóch wiekach panowania Sankt Petersburg, symbol modernizacji Rosji i przynależności imperium do europejskiej cywilizacji, został zredukowany do rangi „prowincjalnej stolicy”, jak to określi pisarz Daniił Charms. 11 marca Jan zdał celująco maturę.
„Zawsze miałem intencje do rysunku, chciałem się właściwie zająć rysunkiem, iść do Akademii Sztuk Pięknych, ale ojciec marzył dla mnie o Instytucie Inżynierów Komunikacji”. Stanęło polubownie na Instytucie Inżynierów Cywilnych, gdzie, notabene, studiowało wielu Polaków.
Instytut był szacowną instytucją z tradycją. Tutaj właśnie rozwinęła się na początku wieku nowa gałąź architektury, planowanie miast. Wśród wykładowców wymieńmy Polaka Mariana Peretiatkowicza, jednego z autorów planu rozwoju Petersburga w 1911; w 1918 roku on i inny znany architekt Marian Lalewicz, wyemigrują do Polski. W Instytucie prowadzi również zajęcia sam Leonti Benois, wychowawca większości przyszłych sław architektury radzieckiej, a poza tym autor soboru Aleksandra Newskiego w Warszawie. Sobór zostanie zburzony zaraz po odzyskaniu niepodległości i Jan, po przyjeździe do Warszawy, zobaczy tylko jego ruiny. Leonti Benois odwiedził Warszawę po raz pierwszy w 1881 roku i uderzyła go od razu jej „miejskość”. Pilnie szkicował architektoniczne rozwiązania skrzyżowań ulic, krawężniki, latarnie. „Warszawa — napisze jego brat Aleksander — wydała się nam wówczas nie oknem na Europę, lecz właśnie Europą”.
„Jestem bardzo zadowolony, że studiowałem właśnie w Instytucie”, powie później Zachwatowicz, „choć studia przechodziły w niezwykle trudnych warunkach. Miałem odmrożone ręce, bo kreśliliśmy w salach słabo albo w ogóle nieogrzewanych. Ale bardzo wysokiej klasy, znakomity zespół profesorski, i to zarówno w dziedzinach architektury, jak i technicznych. [...] Dostałem tam bardzo szerokie przygotowanie techniczne, bazę, której bardzo dużo zawdzięczam. Ale przechodziło to w nielekkich latach”.
No dobrze, powie czytelnik, a rewolucja? A rządy bolszewików? Posłuchajmy wspomnień innego absolwenta Instytutu, młodego bolszewika S. M. Szifrina, który trafił do Instytutu w 1921 odkomenderowany przez Armię Czerwoną:
„Już od drzwi Instytutu widziało się paradne schody obstawione po obu stronach antycznymi rzeźbami, które jak gdyby zapraszały do wejścia na piętro. [...] Taki enturaż w świątyni nauki państwa radzieckiego mnie skonsternował. [...] W 1922 roku Instytut żył tak jak w okresie przedrewolucyjnym. Dekrety władzy sowieckiej doń nie przenikły. Wszystko tu było po staremu, po rodzinnemu. Nawet ikony pozostały nieruszone. Studenci uczyli się, jak dawniej projektować czynszowe kamienice z suterenami dla robotników. Na ćwiczeniach z budynków użyteczności publicznej projektowało się cerkwie [notabene, temat pracy dyplomowej Zachwatowicza — willa z fontanną — będzie równie mało rewolucyjny, E. Z.]. [...] Stare hasło autonomii szkoły wyższej ciągle było w obiegu. W czasach carskich wysuwała je liberalna część profesury, lecz po rewolucji stało się sposobem na odgrodzenie od sowieckiej rzeczywistości”.
W latach wojny domowej Petersburg przemienił się w kamienne widmo. Ludzie uciekli, jedni na wieś, inni za granicę; z dwóch milionów mieszkańców w 1914 roku zostało 700 tysięcy. Zimą nieopalane budynki pokrywały się białym kożuchem i straszyły jak statki skute lodem na zamarzniętym morzu. „Na naszych oczach Petersburg zaczął się rozkładać: tu wypadły kostki bruku, tam obsypał się tynk, tam jeszcze zachwiała się ściana, odpadło ramię pomnika. Ten zaczynający się rozpad był jeszcze przepiękny i trawa jeszcze nie oszpeciła wspaniałego miasta, a tylko go upiększała, jak bluszcz upiększa klasyczne ruiny”, będzie wspominał poeta Władysław Chodasiewicz. W tej niesamowitej scenerii, gdzie meble i książki były jedynym paliwem, kultura stała się, by użyć porównania Mandelsztama, niczym woda i chleb dla pierwszych chrześcijan. Brakowało papieru, wieczory poezji, na które chodził Zachwatowicz, zastępowały wynalazek Gutenberga. Głód w zimie 1918–19 roku był srogi: Jan wyniesie z tego okresu zwężenie żołądka, cztery zęby mniej i reumatyczne bóle w palcach. „Pamiętam, że jak szedłem ulicą, to czułem się lekki, bo byłem głodny jak pies. A jak wchodziłem na takie zebranie [mowa o zebraniach Wolnego Stowarzyszenia Filozoficznego], to zapominałem o głodzie i o tym, że w domu nie ma nic do jedzenia”. Stowarzyszenie założyli pisarze i filozofowie, którzy gotowi byli przyjąć „rzeczywistość rewolucyjną”, lecz pragnęli ją wzbogacić o rewolucję ducha i kultury: Błok, Biełyj, Remizow, a z filozofów Pumianski, Karsawin, Szestow, Bierdiajew i inni. Jan uczęszcza jednocześnie na seminaria w Instytucie Historii Sztuk i na prywatne seminaria Tadeusza Zielińskiego, sławnego hellenisty, który po 1922 roku przeniesie się na Uniwersytet Warszawski.
Na zachodzie Europy wojna dawno się skończyła. Na Wschodzie scheda po Imperium Rosyjskim jeszcze przez parę lat będzie przedmiotem krwawych walk. Po wyjściu oddziałów niemieckich o prawa do Wileńszczyzny biły się Polska, Litwa i Rosja radziecka. W lipcu 1920 roku polskie wojsko było zmuszone się wycofać, oddając Wilno Litwinom i bolszewikom, lecz już w październiku oddziały generała Żeligowskiego odbiły miasto. Nie czekając na podpisanie traktatu pokojowego między Polską a Rosją (Ryga, marzec 1921) i na utworzenie Komisji do spraw Repatriacji Ludności Polskiej, Zachwatowiczowie jakoś zdobyli dokumenty wyjazdowe i w lutym już byli w Wilnie. Razem z nimi wyjechali dwaj młodsi synowie. Jan i starsza od niego o 8 lat siostra Helena zostali w Piotrogrodzie. Została również ciotka ze strony matki z synem.
[...]
EWA ZARZYCKA-BÉRARD

Fragmenty, całość w Zeszytach Literackich nr 136













Komentarze

Napisz komentarz
Imię:Gość
Tytuł:
Komentarz:

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: